Gonitwa myśli

Leżę w łóżku z laptopem na kolanach. Przez głowę przelatuje mi gonitwa myśli. O czym dziś napisać? Mam bogatą listę tematów, jednak żaden z nich mnie dziś nie rusza. 

 

Mój umysł szaleje jak fale na wzburzonym morzu. Cały poprzedni tydzień postawił mnie przed kolejnymi wyzwaniami. Jako matka, jako córka, jako przyjaciółka, jako była żona, jako partnerka, jako pacjentka, jako kobieta biznesu i jako nowo upieczona święta. Przypomina mi się piosenka Meredith Brooks I’m a Bitch, I’m a Lover (I’m a Child, I’m a Mother. I am Sinner, I am Saint). Zaczynam ją cichutko nucić.

Dwa tygodnie temu poszłam do baru, który poprzednio nazywał się Death & Taxes (Śmierć i Podatki… prędzej czy później oboje cię dopadną). Tamtego wieczoru, ja i mój partner, wcieliliśmy się w role agentów z przeciwnych wywiadów. On wybrał drinka zwanego Old Fashioned (Staromodny), a ja oczywiście Death & Taxes. Smakowało to jak słodka trucizna, która powoli wyżera cię od środka. I im dalej brniesz… tym mniej jesteś pewien czy wciąż chcesz się w to bawić. To trochę jak z życiem.

 

Dzisiaj czuję się jak osoba, która skończyła dziewięćdziesiąt lat. A przynajmniej wydaje mi się, że tak może się czuć. Nawet niedawno poszukiwałam na to pytanie odpowiedzi. Jak to jest mieć dziewięćdziesiąt lat? Z ciekawymi komentarzami przyszła jak zwykle Quora. Jeden z nich brzmiał: To tak jakby ktoś uwięził twoje trzydziestoletnie ja, w bardzo starym i zmęczonym ciele. Chciałbyś tak wiele zrobić, ale zaczynasz zdawać sobie sprawę ze swoich ograniczeń. 

To jednak nie do końca to. Bowiem nie odzwierciedla to ani trochę mojego stanu ducha. A jest on dzisiaj wyjątkowo niski. Siedem godzin wcześniej, dotarłam spóźniona do klubu fitness. Ominęły mnie przez to jedne z zajęć, gdzie cała wataha macha sztangami, w tym samym czasie włażąc na schodek. 

Dopadłam zatem pierwszą z brzegu bieżnię. Niestety moją uwagę (i energię) rozprosiło siedem ekranów tv, a każdy z nich nadający zupełnie inną stację! Nie wiem czemu, ale czułam się jak pod ostrzałem. Dodatkowo obserwując perfekcyjne ciała dwudziestoparolatków, paradujących niczym trybiki w wielkiej machinerii… tylko ten stres potęgowały.

 

Po ćwiczeniach pora na jacuzzi. Przypomina mi się Tinder. Kilka lajków i kilku gorących samców zmaczowanych. Schemat działania jest ten sam. Pytanie czy masz WhatsApp? Czego szukasz? Jeśli zabawy… to następny ruch to otrzymanie zdjęcia penisa. Niektórzy delikwenci są bardziej na czasie. Wysyłają videa. Trzeba przecież jakoś pobić konkurencję już na starcie. I co z tego, że dwudziestoparolatki jak marzenie. Gdzieś w tle mamrocze ten nieznośny głos… Jakie to wszystko puste i do znudzenia przewidywalne.

Wszyscy bez opamiętania skrolują, lajkują i komentują. Na Instagramie każdy jest celebrytą. Na Linkedinie każdy ma niesamowite osiągnięcia. Na Twitterze każdy wali ciętą ripostę. Na Facebooku każdy się melduje, że gdzieś poleciał. Przypomina mi to Candy Crush albo grę w kasynie na maszynach z owocami. Każdy jest w to wciągnięty, ale nikt w zasadzie nie wie, o co tak naprawdę chodzi. Wygrywa tylko ten kto jest właścicielem systemu oraz kilku roztropnych, którzy wiedzą jak ten system obejść.

 

Tymczasem na świecie… rząd kontroluje szkolnictwo (tworząc nowych niewolników systemu), patriarchat kładzie łapy na macice kobiet (aby mieć kontrolę nad reprodukcją), kolejna wielka korporacja bankrutuje (ktoś się na tym zapewne wzbogaci), ludzie umierają z głodu w kilku krajach (inni zaś trafiają do niewoli), płonie największa ziemska dżungla (wysychają także morza), kilka krajów toczy wojnę z innymi (człowiek człowiekowi wilkiem).

Patrząc na to wszystko dochodzę do wniosku, że żyjemy w czasach biblijnej Apokalipsy. Byle szybciej. Byle więcej. Byle lepiej. Bez pasji. Bez serca. Bezdusznie. Jesteśmy zupełnie odłączeni od… ŻYCIA!

 

Zamykam oczy i widzę siebie oraz bliskich… z daleka od postępu cywilizacji. Świeci słońce, szumią drzewa, za drewnianym domem wyłaniają się wierzchołki gór. Przed nami złocisto-biały piasek i błękitne morze. Kot leniwie przeciąga się na werandzie. Ptaszki radośnie ćwierkają w meandrach drzew. Lekki powiew wiatru przemyka po moich włosach. I ta błoga cisza… Zasypiam.

Wilczyca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s